Tam gdzie nie ma turystów

Zanim na blogu zrobi się zielono od cejlońskiego Hill Country i plantacji herbaty kilka słów o północy Sri Lanki.
Trwająca przez ponad ćwierć wieku wojna domowa zmieniła kraj i jego mieszkańców. Choć w największej mierze wojna dotknęła północno – wschodnią część kraju, która do 2000 roku stanowiła niemalże odrębne państwo, to bomby sporadycznie wybuchały również w innych częściach kraju, między innymi na największym lotnisku w okolicach Colombo.
Dzisiaj na północy kraju zagranicznych turystów nadal jest niewiele. Często natomiast można tam spotkać turystów lankijskich – zarówno singalezów jak i tamilów, którzy przez wiele lat nie byli w stanie odwiedzić tej części kraju. Przyjeżdżają tu z ciekawości lub też chęci zobaczenia terenów, które kiedyś były im bliższe. W trakcie wojny ciężko było przedostać się z jednej części kraju do drugiej. Dla singaleza próbującego dostać się na północ mogło być nawet wyrokiem śmierci. W ten sposób rozdzieleni zostali znajomi, przyjaciele, rodzina, często bez żadnych oznak życia. Aż do zakończenia wojny w 2009 roku.

W Jaffna efekty wojny widać na każdym kroku. Wszędzie widać też ludzi, którzy pracują nad odzyskaniem swoich domów i odbudową miasta.

W Jaffna efekty wojny widać na każdym kroku. Wszędzie widać też ludzi, którzy pracują nad odzyskaniem swoich domów i odbudową miasta.

O życiu na wsi, po wojnie, pisałam już wcześniej w poście o Kilinochchi: https://notjustthedreams.wordpress.com/2013/02/11/z-wizyta-w-kilinochchi. Jednak to nie wszystko co udało nam się zobaczyć w tej części wyspy. Właściwie do końca naszego pobytu zgodnie z Emi twierdziłyśmy, że północ wywarła na nas najbardziej pozytywne wrażenie. Pomimo namiotu, wychodka osłoniętego liśćmi bambusowymi, komarów i dość przytłaczających zniszczeń, które było widać na każdym kroku, ludzie są tu uśmiechnięci, pomocni i bezinteresowni. Północ to ta część Sri Lanki, której duch nie został jeszcze zniszczony przez turystykę i gdzie można zobaczyć kraj takim, jakim był przed najazdem autokarowych turystów, którzy na niezależnych podróżników reagują „I podróżujecie autobusami? Nie boicie się? Nie napadli Was jeszcze?”. Cieszę się, że mogłam doświadczyć tego teraz, zanim i ta część Cejlonu zostanie zadeptana i rozpuszczona przez wszędobylskie dolary i euro.

Czy Wam też ten dom przypomina przystanek autobusowy?

Czy Wam też ten dom przypomina przystanek autobusowy?

Zaraz po Kilinochchi wyruszyliśmy do Jaffna. Miasta, które jako swoista stolica północy, zapewne w największym też stopniu ucierpiała po wojnie. Samo miasto nie zachwyca. Dla zmęczonego turysty czy też podróżnika może wręcz zniechęcać. Dookoła widoczne są ruiny domów, co jakiś czas pojawi się żołnierz z karabinem. Drogi są w kiepskim stanie, a po angielsku mówią tu nieliczni. Jednak północ oferuje coś innego.

Jaffna jest doskonałym miejscem wypadowym. W małej odległości znajduje się tu wiele pięknych wysepek i ciekawych miejsc, które znane są głównie lokalsom. W mieście jest kilka guest house’ów i hoteli o różnym, często dość wysokim, standardzie. Dla budżetowych podróżników polecam YMCA hostel. Zobaczyć go można z drogi z południa, a jak będziemy mieli szczęście to zatrzymamy się na przystanku niemal na przeciwko hostelu. Luksusów tam nie znajdziecie, ale spokojne miejsce do spania jak najbardziej. Z hostelu do centrum (i do dworca autobusowego) można dojść w około 20 minut. Można też dojechać busem w około 5 minut i 12 rupii, czyli jakieś 30 groszy… A dworzec, choć z marnym rozkładem jazdy, to istny podróżniczy raj. Można stąd dojechać wszędzie a co niektóre autobusy są ładnie skoordynowane z innymi środkami transportu, jak na przykład łodziami i promami. Czy można wymagać więcej?

Dworzec autobusowy w Jaffna. W widocznej po lewej stronie "klatce" można od dyżurnych dowiedzieć się gdzie jest interesujący nas autobus i o której odjeżdża.

Dworzec autobusowy w Jaffna. W widocznej po lewej stronie „klatce” można od dyżurnych dowiedzieć się gdzie jest interesujący nas autobus i o której odjeżdża.

Na dworcu, obok państwowych autobusów, stoją też prywatne busiki. Warto je sprawdzić, zwłaszcza jeśli na nasz autobus musimy poczekać dłużej.

Na dworcu, obok państwowych autobusów, stoją też prywatne busiki. Warto je sprawdzić, zwłaszcza jeśli na nasz autobus musimy poczekać dłużej.

Jeśli mamy nadmiar gotówki i niedostatek czasu można skorzystać z tuk-tuka. Północ to chyba jedyny rejon Sri Lanki, w którym kierowcy nie zatrzymują się przy każdym napotkanym turyście ze zdziwieniem pytając dlaczego ta pełna dolarów biała twarz woli iść na pieszo zamiast jechać w jego cudownym pojeździe.

Jeśli mamy nadmiar gotówki i niedostatek czasu można skorzystać z tuk-tuka. Północ to chyba jedyny rejon Sri Lanki, w którym kierowcy nie zatrzymują się przy każdym napotkanym turyście ze zdziwieniem pytając dlaczego ta pełna dolarów biała twarz woli iść na pieszo zamiast jechać w jego cudownym pojeździe.

Zanim jednak pojedziemy dalej warto poświęcić choć pół dnia by zobaczyć miasto. Chodząc bocznymi uliczkami można natrafić na niegdyś (przed wojną) piękne kolonialne wille, dawny dworzec kolejowy, a przy odrobinie szczęścia zobaczyć lokalny warsztat i porozmawiać chwilę z mieszkańcami, choćby na migi. To właśnie od nich, a nie z przewodnika, można dowiedzieć się jak miasto wyglądało przed i w trakcie wojny, co warto zobaczyć i jak można się tam dostać.

Tak więc. W to zielone po prawej zawija się to beżowe (wyglądające na skorupki) po lewej, maczając to uprzednio w tym różowym, co wygląda jak farba, zawija się i je. Czy jakoś tak. Nie do końca zrozumieliśmy instrukcję przedstawioną nam przez sprzedawców łamaną angielszczyzną. Mogłyśmy degustować, ale jakoś nie przekonał nas hamburger z czegoś skorupo podobnego w panierce z różowej farby, choć miejscowi się tym zajadają.

Tak więc. W to zielone po prawej zawija się to beżowe (wyglądające na skorupki) po lewej, maczając to uprzednio w tym różowym, co wygląda jak farba, zawija się i je. Czy jakoś tak. Nie do końca zrozumieliśmy instrukcję przedstawioną nam przez sprzedawców łamaną angielszczyzną. Mogłyśmy degustować, ale jakoś nie przekonał nas hamburger z czegoś skorupo podobnego w panierce z różowej farby, choć miejscowi się tym zajadają.

Chodząc bez celu można natknąć się na interesujące znaleziska.

Chodząc bez celu można natknąć się na interesujące znaleziska.

W ten sposób trafiłyśmy na totalnie zniszczony dworzec kolejowy, który pomimo wojskowej obstawy udało nam się zwiedzić od środka. Niesamowite wrażenie, chodząc po zbombardowanych stropach, oglądając kiedyś eleganckie toalety i wiedząc, że żołnierz stojący piętro niżej najprawdopodobniej stoi tam właśnie po to, żeby tacy jak my nie wchodzili na górę.

Taras na pierwszym piętrze dworca kolejowego w Jaffna. Przechodząc po licznych pomieszczeniach można było wyobrażać sobie jak dworzec wyglądał przed wojną.

Taras na pierwszym piętrze dworca kolejowego w Jaffna. Przechodząc po licznych pomieszczeniach można było wyobrażać sobie jak dworzec wyglądał przed wojną.

Szukając dworca złapała nas ulewa. Chociaż to chyba nie ona spowodowała, że zwiedziłyśmy zakład produkujący chili i proszek kokosowy. Na północy prześladowała mnie mania brudnych rąk. Doczyszczenie paznokci po pobycie w Kilinochchi stało się niemożliwe, ale nadal chciałam chociaż wodą opłukać zakurzone i klejące dłonie, taka pomagająca świadomość pomimo deszczu. Przyśpieszyłyśmy, miejscowi patrzą się na nas ze zdziwieniem. Sami mają albo parasole albo siedzą sobie w suchym domu. Zobaczyłam na ulicy kran. Czmychnęłam szybko, szczęśliwa umyłam ręce i co? Kran zamiast się zakręcić chlapie wodą jeszcze bardziej. Kilka minut i nic. Zaczyna lać. Emi przyszła pomóc a wraz z nią znalazł się i widz całego przedstawienia. Śmieje się, śmieje, a my walczymy z kranem. W końcu się zlitował. Okazało się, że kran zamyka się na kamień. Tylko jakimś trafem wcześniej go tam nie było. Przyśpieszyłyśmy, ale ten nas zatrzymuje i zaprasza do środka. Lubię deszcz. Na Sri Lance sprawia, że można zobaczyć to, co dla turysty nieprzeznaczone. W środku pełno dziwnych urządzeń. Na brudnym stole leży coś przypominającego chili, z drugiej strony pomieszczenia coś praży się na ogniu. Moje zainteresowanie zostaje zauważone. Nasi gospodarze nie mówią słowa po angielsku. Nic to. Na migi pokazują jak oczyszcza się ryż, jak mieli się kokosa, jak praży się… no właśnie, tu jednak zabrakło języka mówionego. Padać nie przestało, ale za to przekonałyśmy się, że nie warto rozglądać się za czystością w restauracji. W końcu to nie jest jedyny etap produkcji. Lecimy dalej.

Tak wygląda oczyszczanie ryżu. Ziarna wsypywane są kilkukrotnie do maszyny, aż z czerwonych staną się w 100% białe.

Tak wygląda oczyszczanie ryżu. Ziarna wsypywane są kilkukrotnie do maszyny, aż z czerwonych staną się w 100% białe.

Chili. Wygląd otoczenia raczej nie zachęca, ale ponoć chili zabija wszystkie bakterie :)

Chili. Wygląd otoczenia raczej nie zachęca, ale ponoć chili zabija wszystkie bakterie :)

Po więcej zdjęć z zakładu zapraszam na mojego foto bloga: http://fotshot.wordpress.com/2013/02/16/rice-production.

Z każdą godziną i z każdym dniem widzimy więcej wojska i policji. Północ odwiedzi prezydent. Wszędzie widać przygotowania do tego wydarzenia. Na każdym rogu wiszą plakaty ze zdjęciem prezydenta, na kilkadziesiąt metrów widać wojsko i policję. Sytuacja, mimo, że jest pokój, w każdej chwili może się zdestabilizować, a iskrzący się lont jest właśnie tu, na północy kraju. Wizyta początkowo owiana jest tajemnicą. Stopniowo dowiadujemy się jakie instytucje i miejsca zamierza odwiedzić i otwierać prezydent, trafiamy też na wyspę Nainativu, którą zamierza odwiedzić zaledwie kilka godzin po naszym jej opuszczeniu. Tym razem nie spotkamy głowy państwa.

Po drodze przypałętał się nawet i on. Wcześniej czołgi widziałam tylko przy okazji różnorodnych wojskowych pokazów.

Po drodze przypałętał się nawet i on. Wcześniej czołgi widziałam tylko przy okazji różnorodnych wojskowych pokazów.

Prezydenta było pełno wszędzie, ale ten hotel wyglądał, jakby szykował się na jego przyjęcie.

Prezydenta było pełno wszędzie, ale ten hotel wyglądał, jakby szykował się na jego przyjęcie.

Jednak o Nainativu i innych miejscach, które warto zobaczyć w okolicach Jaffna już wkrótce. Będzie jeszcze więcej wojska, więcej przygotować do wizyty prezydenta, ale też plaża, ocean i domki rybaków. Zapraszam!

Znalazłeś w tym artykule przydatne informację? A może czegoś Ci w nim zabrakło? Zostaw komentarz, Twoja opinia pomoże mi lepiej dostosować i rozwijać artykuły zawarte na blogu.

Chcesz na bieżąco wiedzieć co się ciekawego dzieje? Dołącz do fanów bloga na facebook’u

Advertisements

4 responses to “Tam gdzie nie ma turystów

  1. Opis tego czegoś na markecie, co to nie wiadomo z czym się je, mnie ujął :D Muszę przyznać, że udało Ci się wytłumaczyć toto lepiej niż mi :)

  2. Pingback: Wyspa dwóch świątyń | Not just the dreams·

  3. Pingback: Wyspa dwóch świątyń | Not just the dreams·

Skomentuj

Wprowadź swoje dane lub kliknij jedną z tych ikon, aby się zalogować:

Logo WordPress.com

Komentujesz korzystając z konta WordPress.com. Log Out / Zmień )

Zdjęcie z Twittera

Komentujesz korzystając z konta Twitter. Log Out / Zmień )

Facebook photo

Komentujesz korzystając z konta Facebook. Log Out / Zmień )

Google+ photo

Komentujesz korzystając z konta Google+. Log Out / Zmień )

Connecting to %s