Rzecz o tym jak Mihintale i Sigiriya schodami zdobywałyśmy

Dla mieszkańców Sri Lanki marną przeszkodą są schody. Można się na nie wspinać w każdym wieku, również 80+, z laską, koszem na głowie i dzieckiem w drugim ręku. No może z koszem przesadziłam. Te nosili pod górę akurat młodzi chłopcy. Reszta się zgadza.

IMG_1764

Skoro więc schody to nie przeszkoda to jest ich na Sri Lance dużo. A do większości z nich trzeba mieć jako taką kondycję. Oczywiście, że wszystko się da. Ale z europejskich obserwacji da się nie znaczy, że się chce. Ale skoro taki mieszkaniec Cejlonu może się wspinać na świętą górę Sri Pada (więcej tutaj: https://notjustthedreams.wordpress.com/2013/02/20/siedem-kilometrow-schodow) to taka Sigiriya czy Mihintale tym bardziej nie stanowią problemów. Ważne, żeby był cel. A najlepszym celem są cele sakralne, a miałam wrażenie, że im wyżej tym motywacja większa.

I właśnie dlatego, mimo, że są od siebie oddalone i wcale nie polecam obejrzenia ich za jednym razem, to postanowiłam napisać kilka słów o Mihintale i Sigiriya razem. Łączą je bowiem nie tylko schody, ale również piękne widoki i miejscowi turyści – pielgrzymi, którzy dzielnie wspinają się wraz ze swoim wiekiem, dziećmi i torbami.

Mihintale

Mihintale położone jest niedaleko Anuradhapura i zdecydowanie warto je zobaczyć podczas odwiedzania Cultural Triangle, czyli Anuradhapura, Polonaruwa i Sigiriya. Autobusem można tam dojechać w pół godziny, z przystanku 5-10 minut spaceru i już możemy zacząć liczyć schody :)

Pierwsza partia schodów w Mihintale.

Pierwsza partia schodów w Mihintale.

Mieszkańcy Sri Lanki wierzą, że na szczycie spotkali się buddyjski mnich Mahinda i Król Devanampiyatissa, który zapoczątkował buddyzm na Sri Lance. Dzięki temu góra, na której znajdują się sakralne budowle i pomniki, w tym wielki biały Budda, jest licznie odwiedzana przez pielgrzymów.

Po drodze do góry można napotkać mniejsze lub większe ścieżki i placyki. A tam kryją się kolejne ruiny i zabytki. Schody prowadzące do niektórych skutecznie nas zniechęciły, ale inne były dobrą opcją na złapanie oddechu.

Pozostałości jednej ze stup na trasie w górę.

Pozostałości jednej ze stup na trasie w górę.

Gdy już pokonałyśmy pierwszą partię przeszkód, zwanych schodami, i wydawało się, że może to już wszystko (ktoś kiedyś powiedział, że jest ich tam 500, ale któż by je po drodze liczył…) okazało się, że przyszedł czas na haracz. Mieszkańcy Sri Lanki do większości tego typu miejsc wstęp mają za darmo lub za grosze. Turyści za to słono płacą. Standardowe pytanie o to skąd jesteśmy. Z Polski. Aaaa, to może z wycieczką? Brrr… z wycieczką? W życiu! My podróżujemy samodzielnie! Aaa, bo tam autokar stoi… No tak, i nasza podróżnicza duma sprawiła, że nie udało nam się oszczędzić 500 rupii. W końcu wycieczka pewnie bilet miała grupowy. Postanowiłyśmy odpocząć i przekąsić banana. A tam podchodzi Polka, uczestniczka wycieczki znanego polskiego biura podróży i uszczęśliwiona zaczyna wypytywać. A jak przyjechałyśmy? Autooookareeem? Saaameeee? Nie boimy się? To my musimy po angielsku mówić? … Dużo tego było. Wszystko z odpowiednio zszokowanym tonem, zachwytem i przerażeniem. Takie 3 w 1. Z ciekawych informacji, które udało mi się od pani wyciągnąć było: nie mam pojęcia gdzie na trzy dni się zatrzymaliśmy w hotelu, jakieś ruiny wczoraj zwiedzaliśmy, ale pojęcia nie mam jak się nazywały, i ostatnia: ooo, przyszła koleżanka, wiesz… bo dziewczyny same podróżują… a później ochy achy i przerażenie z naszego powodu się powtórzyło, właściwie mogłabym zrobić kopiuj wklej powyższego.

Jak już się uprzejmie pań pozbyłyśmy trzeba było się wspinać dalej. Na samej górze nie można już chodzić w obuwiu. Zaraz na końcu schodów stoi półka i „ochroniarz”. Cennika brak, nikt też nie zostawiał butów nigdzie dookoła. No nic. Po powrocie i wrzuceniu przeze mnie jakiś groszaków panu od butów ten się święcie oburzył, stwierdził, że buty drogie a ja mu jakąś jałmużnę daję i on jej nie chce. Nie to nie. Buty niedrogie, a ja mu pilnować nie kazałam. Wcale nie dodam, że od swoich grosza nie wziął…

Na szczycie było pięknie. Na wszystkie skały prowadziły dawno juz wykute schodki, które częściej przypominały po prostu falowany kamień niż właściwe schody. A że popadało to i fale były chwilami wyzwaniem.

O. Takie oto schodki zapewniały podparcie stóp na mokrym skalnym podejściu.

O. Takie oto schodki zapewniały podparcie stóp na mokrym skalnym podejściu.

Barierki były tylko na niektórych fragmentach podejść.

Barierki były tylko na niektórych fragmentach podejść.

Było jednak warto się pomęczyć i zaryzykować. Dla takich widoków człowiek jest zrobić wiele...

Było jednak warto się pomęczyć i zaryzykować. Dla takich widoków człowiek jest zrobić wiele…

Wzgórze same w sobie jest niewielkie, ale jest co oglądać. Jest wielki, biały Budda. Jest stupa. Są mnisi i starożytne kolumny. Jest piękny widok na wzgórze i piękny widok ze wzgórza. Najlepiej opiszą to same obrazki.

Budda ze skałki "widokowej"...

Budda ze skałki „widokowej”…

...i z bliska.

…i z bliska.

IMG_1611

IMG_1629

IMG_1631

Sigiriya

Po widoczkach, z którymi ciężko się było rozstać mimo deszczu, wyruszyłyśmy w drogę w dół, do Anuradhapura, a stamtąd już do Sigiriya. Jeszcze w naszym hotelu w Anuradhapura dostałyśmy od pewnego turysty namiary na Home Stay 2km od Skały. Zadzwoniłyśmy, zarezerwowałyśmy. Plusem tego rozwiązania było to, że chwilę po dotarciu odebrał nas wygodny samochód, z którym udałyśmy się do miejsca naszego noclegu. Takich Home Stayów okazało się, że w Sigiriya jest pełno i wszystkie są w podobnej cenie. Po dotarciu na miejsce okazało się, że – ku mojej uciesze – do rodzinki należy pies, którego mogłam wygłaskać w ramach tęsknoty za swoim własnym, dzieciak, który przy pierwszej okazji wyciągnął ode mnie telefon do gry i pyszna kolacja w wersji turystycznej (czyli bez chilli). Ta ostatnio co prawda za 400 rupii, ale w porównaniu z naszym obiadem dnia kolejnego była zdecydowanie warta swojej ceny.

Sigiriya to wioska, w której poza domkami i noclegami jest kilka turystycznych (czyt. drogich) knajpek z niezbyt dobrym jedzeniem i Lwia Skała. Do niej prowadzi dość długa droga o pięknej czerwonej barwie, a wzdłuż ciągnie się strumyk, w którym ponoć, jeśli wierzyć znakom ostrzegawczym, występują krokodyle. Na krokodyla nie trafiłyśmy, ale udało nam się spotkać warana. Na początku nie byłyśmy pewne co to. Ja oczywiście rzuciłam się do wymiany obiektywu, żeby lepiej stwora ująć, ochrzaniając po drodze Emi, żeby nie podchodziła za blisko, żeby się nie przestraszył ;) (I czułam się przez tego warana wyjątkowo do dnia dzisiejszego kiedy to ujrzałam owego stwora, mniej więcej w tej samej lokalizacji, na zdjęciach koleżanki poznanej na Sri Lance; a ponoć taki był niespotykany; najwyraźniej był gościnny i lubił przybyszy z Polski. Pozdrowienia dla Marysi :))

Jeszcze z daleka

Jeszcze z daleka

Później już z bliska

Później już z bliska

A później waranowi znudziła się sesja zdjęciowa i postanowił zmienić otoczenie. A my dopiero wieczorem od syna gospodarza dowiedziałyśmy się, ze waran był waranem i że ponoć ciężko go spotkać. Jednak miałyśmy szczęście :) Szczęście było jeszcze większe jak w drodze powrotnej po drodze wił się dłuuuugaśny wąż, który na nasze szczęście był wystarczająco od nas oddalony, żeby cieszyć się bezpiecznie jego widokiem.

A później waranowi znudziła się sesja zdjęciowa i postanowił zmienić otoczenie. A my dopiero wieczorem od syna gospodarza dowiedziałyśmy się, ze waran był waranem i że ponoć ciężko go spotkać. Jednak miałyśmy szczęście :) Szczęście było jeszcze większe jak w drodze powrotnej po drodze wił się dłuuuugaśny wąż, który na nasze szczęście był wystarczająco od nas oddalony, żeby cieszyć się bezpiecznie jego widokiem.

A skoro o wężach mowa… Na Sri Lance żyje wiele gatunków jadowitych węży, a ponoć każdego dnia na wyspie umiera kilka osób ukąszonych przez te gady. Takich informacji jednak nie mówi się przed wyjazdem, przynajmniej nie tym bliskim, którzy mają tendencję do stresowania się. My w sumie też bardziej przejmowałyśmy się komarami i potencjalną dengą (która jest ogromnym problemem na Cejlonie) niż wężami, których przecież też pełno, zwłaszcza jak się człowiek szwenda po chaszczach.

Właściwie pod koniec dnia miałam wrażenie, że to okolice Lwiej Skały sprawiły nam więcej frajdy niż ona sama. A na pewno więcej niż muzeum, która – choć w cenie biletu – jest zdecydowanie niewarte zachodu i 200m spaceru. Skoro jednak tam już dojechałyśmy to trzeba było skorzystać z okazji. Po zakupieniu horrendalnie drogich biletów (o cenach więcej tutaj: https://notjustthedreams.wordpress.com/2013/04/01/ceny_sri_lanka/) otrzymałyśmy prawo do szwendania się po ogrodach, zapłacenia przewodnikowi (który na początku powiedział, że on od 20 lat tam pracuje i oczywiście żadnych pieniędzy nie chce) i zwiedzenia Królestwa. Na tej 200-metrowej skale Król Kasyapa stworzył swoje miasto. Przetrwało ono tylko 18 lat, ale było wyjątkowo nowoczesne jak na swoje czasy (lata 477 – 495). Na szczycie znajdywało się miasto i twierdza, dostarczana była też woda, wykorzystywania nie tylko w znajdujących się na szczycie basenach. Na dole widoczne są do dzisiaj baseny (czy jak to mówił lokalny przewodniki, który oczywiscie oprowadzał „za darmo” – this is girlfriends pool madame, girlfriends pool…) i ogrody.

Sama skała najlepiej prezentuje się z dołu. Na płaskim terenie, wśród wszędobylskiej zieleni, wyłania się wielka skała, która wygląda, jakby porzucił ją tam jakiś wielki olbrzym. Z góry widać ładnie ogrody, a trochę dalej łąki, lasy i odległe szczyty gór.

W drodze na szczyt warto poszwendać się u podnóża skały. Małe zaułki i skałki zapewniają całkiem fajny klimat, ale też pozwalają na wytchnienie od żaru lejącego się z bezchmurnego nieba. Mówi się, że Skałę najlepiej odwiedzać z samego rana, zanim rozpoczną się na dobre upały. My trafiłyśmy tam koło południa i dałyśmy spokojnie radę. Z radością, idąc w stronę Skały, ujrzałyśmy wracające już autokary pełne wycieczek. Z jeszcze większą ulgą pożegnałyśmy w ten sposób znany nam juz autokar z Mihintale.

Gdy już odpoczniemy od słońca warto pokonać kilka schodów ekstra i zobaczyć dawne malowidła kobiet. Niegdyś ponad dwieście, teraz tylko dwiadzieścia parę. Wszystko przez mnichów, którzy całkiem niedawno postanowili uznać malowidła za niemoralne i raz na zawsze się z nimi rozprawić.

IMG_1749

IMG_1754

IMG_1753

Kawałek dalej można też zobaczyć Ścianę Lustrzaną. Mimo, że sama w sobie nie zachwyca, interesujący może wydać się fakt, że znajdują się na niej napisy z czasów, gdy istniało Królestwo. Goście odwiedzający ówczesną stolicę wychwalali tam niezwykle nowoczesne miasto i jego gościnności. Na ścianie, można więc uznać, istnieje wieczna księga pamiątkowa, zapisana na o wiele bardziej trwałym tworzywie niż papier.

Widoczny pomarańczowy "mur" to ustrzana ściana. Nad nią widoczne są schody prowadzące do malowideł.

Widoczny pomarańczowy „mur” to lustrzana ściana. Nad nią widoczne są schody prowadzące do malowideł.

W drodze na górę, jeszcze kilkaset schodów przed szczytem, czeka na nas platforma. Niegdyś można tam było ponoć kupić napoje. Teraz koniecznie trzeba się było zaopatrzyć jeszcze przed głównym wejściem, ponieważ później możemy liczyć co najwyżej na rzadko tam występujący deszcz.

Kiedyś Skała od wysokości tej platformy miała kształty Lwa. Do dnia dzisiejszego zachowały się tylko łapy.

Kiedyś Skała od wysokości tej platformy miała kształty Lwa. Do dnia dzisiejszego zachowały się tylko łapy.

IMG_1773

Ciekawostką są natomiast pszczoły. Na szczycie widoczne są ostrzeżenia przed tymi owadami, znajduje się też specjalnie zabezpieczone pomieszczenie, do którego w razie ataku można się schować. Ostrzeżenia i klatka ochronna pojawiły się po tym jak kilka lat temu w wyniku ataku pszczół do szpitala trafiło kilka osób. Tym razem na szczęście nie dostrzegłyśmy ani jednego owada. Przywitał nas za to na platformie deszcz.

Na szczęście to nie o tego typu pszczółki chodziło ;)

Na szczęście to nie o tego typu pszczółki chodziło ;)

Gdy przestało już padać postanowiłyśmy zdobyć szczyt. Na górze czekały ruiny, które nie zachwyciły. Spodobał mi się natomiast basen (do którego prowadziły oczywiście schodki), który nawet teraz prezentował się okazale.

Zbiornik wodny na szczycie Lwiej Skały

Zbiornik wodny na szczycie Lwiej Skały

IMG_1781A to tam tak od początku?[/caption]

Widoki były ładne, ale nie ładniejsze od tych w Mihintale. Tam można je było zobaczyć za kilkadziesiąt dolarów mniej.

IMG_1784

IMG_1782

IMG_1807

Frajdę sprawiły mi natomiast małpki, których mnóstwo spotkałyśmy zwłaszcza schodząc.

Jeszcze na szczycie spotkał się z nami Elvis we własnej osobie:

Jeszcze na szczycie spotkał się z nami Elvis we własnej osobie:

Ta małpka nie chciała zrozumieć dlaczego nie chcemy się z nią pobawić. My w sumie też nie wiedziałyśmy.

Ta małpka nie chciała zrozumieć dlaczego nie chcemy się z nią pobawić. My w sumie też nie wiedziałyśmy.

Poznałyśmy też Małpkę Testerkę...

Poznałyśmy też Małpkę Testerkę…

...i Małkpkę Kolekcjonerkę Liści...

…i Małkpkę Kolekcjonerkę Liści…

I kolejny raz przekonałam się, że spotykanie małpek, waranów, a nawet węży sprawia mi znacznie więcej frajdy niż oglądanie ruin i zabytków.

 

Znalazłeś w tym artykule przydatne informację? A może czegoś Ci w nim zabrakło? Zostaw komentarz, Twoja opinia pomoże mi lepiej dostosować i rozwijać artykuły zawarte na blogu.

Chcesz na bieżąco wiedzieć co się ciekawego dzieje? Dołącz do fanów bloga na facebook’u

Reklamy

Skomentuj

Wprowadź swoje dane lub kliknij jedną z tych ikon, aby się zalogować:

Logo WordPress.com

Komentujesz korzystając z konta WordPress.com. Wyloguj / Zmień )

Zdjęcie z Twittera

Komentujesz korzystając z konta Twitter. Wyloguj / Zmień )

Zdjęcie na Facebooku

Komentujesz korzystając z konta Facebook. Wyloguj / Zmień )

Zdjęcie na Google+

Komentujesz korzystając z konta Google+. Wyloguj / Zmień )

Connecting to %s