Stepancminda, zwane też Kazbegi

IMG_0408

Tydzień to zdecydowanie za mało na Gruzję. Zwłaszcza jak chce się zobaczyć coś więcej. Ja chciałam i dlatego na Kazbegi miałam tylko jeden dzień. Marszrutką dojechaliśmy około 16. Już na przystanku obskoczyli nas Gruzini, którzy chcieli zaoferować u siebie nocleg. Wszędzie ta sama cena, wszędzie w cenie kolacja i śniadanie. Uparłam się, żeby iść do Nazi Guesthouse, polecanego wcześniej przez znajomych. Miało być dużo ludzi, międzynarodowe towarzystwo i super integracja. Guesthouse był trochę pod górkę, ale znalazłam. Nie było akurat właścicielki, łapanym rosyjskim dogadałam się i dostałam pokój i jakąś przegryzkę. Zrobiło się już późne popołudnie, więc postanowiłam przejść się tylko do miejscowości i zjeść kolację. Zaraz po wyjściu spotkałam resztę towarzystwa z marszurtki. Większość prosto z przystanku trafiła do Guesthouse Nina, którego właściciele namawiali nas zaraz po przyjeździe. Następnego dnia okazało się, że to właśnie Nina była lepszym wyborem, przede wszystkim z rewelacyjną kolacją, śniadaniem i obiadek. Tego ostatniego u mnie nie było, a pozostałe dwa posiłki nie były ani zbyt wyszukane ani zbytnio smaczne.

Jeden z pokojów w Nazi Guesthouse. Mi najpierw przypadł dwu-osobowy, do którego drzwi widać po prawej stronie. Minusem była jedna konieczność wyjścia przez taras do łazienki. Chłodne powietrze skutecznie zmotywowało mnie do zmiany pokoju. Na szczęście jakaś grupa nie przyjechała i dostałam sześcioosobowy salon w głównej części domu.

Jeden z pokojów w Nazi Guesthouse. Mi najpierw przypadł dwu-osobowy, do którego drzwi widać po prawej stronie. Minusem była jedna konieczność wyjścia przez taras do łazienki. Chłodne powietrze skutecznie zmotywowało mnie do zmiany pokoju. Na szczęście jakaś grupa nie przyjechała i dostałam sześcioosobowy salon w głównej części domu.

Nocleg w Nazi Guesthouse (nazwa pochodzi od imienia gospodyni) miał jedną znaczącą przewagę - piękny widok na miasteczko (zwłaszcza nocą) oraz na najpiękniejsze, moim zdaniem, szczyty w okolicy. Taki właśnie widok podziwiałam z tarasu.

Nocleg w Nazi Guesthouse (nazwa pochodzi od imienia gospodyni) miał jedną znaczącą przewagę – piękny widok na miasteczko (zwłaszcza nocą) oraz na najpiękniejsze, moim zdaniem, szczyty w okolicy. Taki właśnie widok podziwiałam z tarasu.

Zamiast na dół do miasteczka wyruszyłam w górę, do Cminda Sameba, czyli Klasztor Świętej Trójcy. Na nic się zdały moje krótkie wymówki, że nawet wody nie mam. Poza wodą znalazły się nawet orzeszki. W podróży jesteśmy od tego, żeby sobie pomagać. Do klasztoru prowadzą dwie drogi. Jedna – mniej stroma – jest wykorzystywana głównie przez kierowców. Druga jest wąska i stroma, ale też zdecydowanie ciekawsza. Oczywiście po tym ile się nałaziłam po górkach na Sri Lance obiecałam sobie, że szybko tego nie powtórzę, ale przecież tego typu obietnice są tylko po to, żeby je łamać. I do głowy by mi nawet nie przyszło, żeby w drodze do góry skorzystać z samochodu, które za 50 lari chciały nas zawieźć do góry. Na szczęście w maju nie spotkaliśmy na naszej drodze żadnego. Oglądając ostatnio zdjęcia z pewnej wyprawy w czerwcu było ich już tam kilka.

W drodze mijamy kilka opuszczonych (?) wiosek. Domki są zbudowanego z ciekawego materiału, ale większość wygląda na puste. Gdzieniegdzie tylko widać firanki i ... nieodłączne anteny satelitarne.

W drodze mijamy kilka opuszczonych (?) wiosek. Domki są zbudowanego z ciekawego materiału, ale większość wygląda na puste. Gdzieniegdzie tylko widać firanki i … nieodłączne anteny satelitarne.

Sezon w Kazbegi trwa zazwyczaj od lipca do sierpnia, czyli podczas gruzińskich wakacji. I wtedy też jest tam najcieplej. Co prawda wchodząc pod górę było nam wszystkim momentami nawet za ciepło, ale już wystarczyło wejść do cienia i na chwilę się zatrzymać, żeby porządnie zmarznąć. Zresztą, jakby na potwierdzenie naszych doznań, po drodze spotkaliśmy wielką połać brudnego śniegu. Śnieg w ogóle w Gruzji wszędzie był brudny. Bez względu na wysokość i brak tego wszystkiego, co wydaje nam się, że może na ten brud wpływać. To prawdopodobnie przez pył ze skał.

Po dotarciu na górę czekała na nas całkiem spora, niemal płaska, a przez to bardzo wietrzna, przestrzeń. Kilka krzyży, pies pasterski, owce w oddali. Ale przede wszystkim widoki. W którąkolwiek stronę się nie obejrzałam czekały na mnie przepiękne widoki przepięknego Kaukazu. A z okolic samego klasztoru również całe miasteczko, które z tej perspektywy bardziej przypominało rozsypane kamyczki, a nie domki.

Widok na klasztor z tej perspektywy jest zdecydowanie bardziej emocjonujący niż z dołu. Jakże się jednak mała wydaje budowla w towarzystwie takich kolosów.

Widok na klasztor z tej perspektywy jest zdecydowanie bardziej emocjonujący niż z dołu. Jakże się jednak mała wydaje budowla w towarzystwie takich kolosów.

IMG_5143

Cminda Sameba niemalże w pełnej okazałości

Cminda Sameba niemalże w pełnej okazałości

Jeden ze szczytów Kaukazu, który jakby nieśmiało wychyla się zza chmur

Jeden ze szczytów Kaukazu, który jakby nieśmiało wychyla się zza chmur

Na górze zostawiliśmy dwóch francuzów, którzy postanowili rozłożyć się tam z namiotem, idąc kolejnego dnia w dalszą drogę, w góry. Nie wiem czy wytrwali, z daleka widzieliśmy ich przestawiających namiot, pewnie wystarczyło, że poczuli siłę wiatru w miejscu, w którym się wstępnie rozłożyli. A ja, schodząc, cieszyłam się, że dałam się namówić. W międzyczasie wyklarowały nam się plany na następny dzień. Granica rosyjska, wodospady.

Co widzisz?

Co widzisz?

W drodze powrotnej fotograficznie polowałam na pasące się w górach zwierzęta. Polowanie wygrała jednak krowa, która niemal jak kameleon dostosowała się do otoczenia (a może to otoczenie dostosowało się do kameleona?).

W drodze powrotnej fotograficznie polowałam na pasące się w górach zwierzęta. Polowanie wygrała jednak krowa, która niemal jak kameleon dostosowała się do otoczenia (a może to otoczenie dostosowało się do kameleona?).

Znalezisko w drodze powrotnej. Dlaczego? Czyj? Od kiedy tam leży? Tego pewnie się nie dowiem. W drodze nie spotkaliśmy ani jednej żywej duszy. Poza nami oczywiście.

Znalezisko w drodze powrotnej. Dlaczego? Czyj? Od kiedy tam leży? Tego pewnie się nie dowiem. W drodze nie spotkaliśmy ani jednej żywej duszy. Poza nami oczywiście.

No może z tymi żywymi duszami przesadziłam. Nie spotkaliśmy tych dwónożnych dusz. Tych czteronożnych kilka po drodze było. Niektóre wyglądały nawet jakby tam mieszkały ;)

No może z tymi żywymi duszami przesadziłam. Nie spotkaliśmy tych dwónożnych dusz. Tych czteronożnych kilka po drodze było. Niektóre wyglądały nawet jakby tam mieszkały ;)

A niektóre faktycznie tam mieszkały.

A niektóre faktycznie tam mieszkały.

W drodze powrotnej dojrzałam też coś, co przez długi czas stanowiło dla mnie zagadkę. Aż, gdy po raz n-ty oglądałam zdjęcia, pokazując jej kolejnej osobie, osoba ta dostrzegła, że jest to ... cmentarz.

W drodze powrotnej dojrzałam też coś, co przez długi czas stanowiło dla mnie zagadkę. Aż, gdy po raz n-ty oglądałam zdjęcia, pokazując jej kolejnej osobie, osoba ta dostrzegła, że jest to … cmentarz.

 

Znalazłeś w tym artykule przydatne informację? A może czegoś Ci w nim zabrakło? Zostaw komentarz, Twoja opinia pomoże mi lepiej dostosować i rozwijać artykuły zawarte na blogu.

Chcesz na bieżąco wiedzieć co się ciekawego dzieje? Dołącz do fanów bloga na facebook’u

 

Reklamy

5 responses to “Stepancminda, zwane też Kazbegi

  1. Pingback: Od Rosji po Juta, czyli wycieczka po okolicy (Kazbegi) | Not just the dreams·

  2. Pingback: Gruzja – kraj winem płynący | Not just the dreams·

Skomentuj

Wprowadź swoje dane lub kliknij jedną z tych ikon, aby się zalogować:

Logo WordPress.com

Komentujesz korzystając z konta WordPress.com. Wyloguj / Zmień )

Zdjęcie z Twittera

Komentujesz korzystając z konta Twitter. Wyloguj / Zmień )

Zdjęcie na Facebooku

Komentujesz korzystając z konta Facebook. Wyloguj / Zmień )

Zdjęcie na Google+

Komentujesz korzystając z konta Google+. Wyloguj / Zmień )

Connecting to %s