To był dobry rok…

To był dobry rok. Podejście „czas nigdy nie będzie idealny” oraz „kasy i tak nigdy nie będzie wystarczająco” zaowocowały „w związku z tym równie dobrze można jechać teraz”, trzema świetnymi i dalekimi podróżami oraz wyzwaniami, które przed sobą postawiłam i które przyniosły mi wiele radości. A zaczynając od początku…

Szansę trzeba umieć wykorzystać. Jeśli lot w niedzielę jest tańszy niż w piątek to dlaczego w sobotę nie wyskoczyć na narty?

Szansę trzeba umieć wykorzystać. Jeśli lot w niedzielę jest tańszy niż w piątek to dlaczego w sobotę nie wyskoczyć na narty?

O tym dlaczego czas nigdy nie jest dobry

Aby odpowiedzieć na to dlaczego „czas nigdy nie będzie dobry” muszę cofnąć się jeszcze do końcówki roku 2012. W grudniu miałam lecieć do Tanzanii, jednak liczne zmiany lotu zaowocowały tym, że w końcu wykorzystałam jedną z okazji i zrezygnowałam bezpłatnie z biletów. Szczęście miałam tak duże, że nawet bilety LOTu z Szalonej Środy zwróciłam, gdy wieczór przed odlotem odwołali mój lot do Kijowa a ja szczęśliwie mogłam odzyskać prawie 400zł, które spisałam już na straty. Zamiast do Tanzanii kupiłam bilety na Sri Lankę – wyspę, o której wcześniej nawet nie myślałam. Urlop na luty zarezerwowałam już we wrześniu.
Pod koniec listopada pojawiła się szansa rekrutacji na Project Manager’a. Nie dawałam sobie zbyt dużych nadziei, ale pod koniec grudnia zapadła pozytywna decyzja. Zacząć miałam już w styczniu, więc przez niemal cały miesiąc dokonywano na mnie bezwzględnych prób rezygnacji z lutowego urlopu. W sumie nic dziwnego, dopiero co dostałam nową, odpowiedzialną rolę, w której zresztą nie miałam doświadczenia.

Czas podróżniczych kontrastów, czyli nigdy jeszcze tak nieznosiłam i nielubiłam miejsca jednocześnie
Przyszedł luty, a wraz z nim podróż po Sri Lance. Zaczęłam w ciemno, od couchsurfing’u, który w tym przypadku przyniósł i fantastyczne możliwości i znaczną dawkę stresu. O stresie jednak udało się szybko zapomnieć, wyjeżdżając dalej na północ i poznając nieturystyczną część wyspy. I mimo braku znanych powszechnie zabytków i turystycznych atrakcji to właśnie ta część kraju mnie urzekła – ludźmi, którzy walczą o swoje życie mimo ponad 25 lat wojny, uśmiechu i turystycznej obojętności. Jednak nie tylko północ miała mi coś do zaoferowania. Widoki, góry, pyszna herbata – to wszystko sprawiło, że po znienawidzeniu tamtejszego jedzenia i nachalności ludzi, nadal mam dobre wspomnienia. Wspomnienia, które zresztą latem okazały się bardzo owocne.

W Kilinochchi u cudownej Ammy, która nie mając nic próbuje dać swoim gościom wszystko. Po prawej moja przepalona facjata "bo przecież ja się nie spalę".

W Kilinochchi u cudownej Ammy, która nie mając nic próbuje dać swoim gościom wszystko. Po prawej moja przepalona facjata „bo przecież ja się nie spalę”.

Czasem trzeba dojść do siebie
Marzec i kwiecień to czas nierównej walki w pracy, ogromnej ilości stresu i chęci rezygnacji, a także szwendania się po lekarzach i chirurgach, bo rozwalona na wodospadzie noga nijak nie chciała dojść do siebie. To wszystko sprawiło, że na początku maja z dnia na dzień postanowiłam pojechać do Gruzji. Musiałam dojść ze sobą do ładu a bez tego w gorącym okresie w pracy i tak nie byłam zbyt użyteczna. Nie było jednak tak całkowicie beznadziejnie. Całkiem przypadkiem udało mi się również polecieć, a nawet przez chwilę pilotować, awionetką. Znajoma, który lot wykupiła dla swojego męża, w prezent nie trafiła i trzeba się było go pozbyć. A ja nad takimi okazjami długo zastanawiać się nie muszę.

Gruzja i majowe śniegi
Maj w Gruzji mnie zaskoczył. Upały w Tbilisi, piękno tego miasta nocą, niemal szwajcarska Mccheta i śnieg w drodze do Kazbegi. Mój krótki rękawek z wielkimi zaspami śniegu w tle do dzisiaj przypomina mi tamtejszy chłód. Ale to właśnie w busie tam poznałam kilka osób, z którymi do dzisiaj mam kontakt. Ciekawych świata ludzi, podróżników i jednych z niewielu Polaków w drodze, których serdecznie polubiłam. Wyjazd do Gruzji to było też nieplanowane spełnienie moich podróżniczych marzeń. Od kiedy na trzecim roku studiów przygotowywałam projekt dotyczący Gruzji wiedziałam, że pewnego dnia chcę tam pojechać. Tanie loty z Wizzair i stres w pracy sprawiły, że kolejny raz „to nie jest dobry czas” nie było przeszkodą. W ciągu tygodnia kupiłam bilet, spakowałam się w najmniejszy – bezpłatny – plecaczek i wyruszyłam, poznając fantastyczną gruzińską rodzinę, do której pewnie jeszcze wrócę.

Z moją gruzińską CS siostrzyczką w Tbilisi

Z moją gruzińską CS siostrzyczką w Tbilisi

Ta adrenalina…
Lato jak to lato. Wszyscy wyjeżdżają wtedy na urlopy, ja się więc trzymam od wakacji z daleka. Zamiast wakacji były nadgodziny i wyzwanie, które całemu zespołowi udało się z sukcesem zrealizować. Pod koniec lipca na półtora miesiąca przeniosłam się do Warszawy. Tam, korzystając z życia w stolicy, regularnie odwiedzałam Południk Zero i uczęszczałam na podróżnicze slajdowiska. Dzięki temu osobiście poznałam Pojechaną oraz Kasię Jalan Jalan, która swoją czteroletnią podróżą mnie zafascynowała.
Z Warszawy do Poznania wróciłam tylko na jeden weekend. Postanowiłam zrealizować kolejne ze swoich marzeń i skoczyć ze spadochronem. Okazało się, że moja wyobraźnia, zwłaszcza na temat mojego strachu, jest zdecydowanie bardziej wybujała niż rzeczywistość a adrenalina dała o sobie znać dopiero kilkadziesiąt minut później, gdy próbowałam prowadzić samochód jednocześnie śpiewając i tańcząc za kierownicą.
W sierpniu sama postanowiłam opowiedzieć o Sri Lance w Południku. Około dwunastu godzin przygotowań, siedzenie do późnych godzin nocnych i… awaria dysku. Przepadły wszystkie zdjęcia. Nie tylko te przygotowane na slajdowisko, ale też wiele innych, których nie miałam nigdzie indziej. Sytuację uratowały zdjęcia z bloga oraz pomoc kolegi Grzegorza, który zamiast spokojnie popijać piwo słuchając… zgrywał na dysk kolejne zdjęcia podczas gdy ja gadałam. Prezentacja wyszła chyba całkiem całkiem, a ja cieszyłam się, że się całkowicie nie skompromitowałam, bo liczba osób przekroczyła moja oczekiwania. Do dzisiaj zastanawiam się czy dysk padł przypadkiem czy może „dzięki” mojej porannej wizycie w Radio Trójka, gdzie na antenie również opowiadałam o Sri Lance w Audycji Podróżnej.

To nie postawienie stóp za samolot było najtrudniejsze a próba złapania powietrza przy takiej prędkości spadania.

To nie postawienie stóp za samolot było najtrudniejsze a próba złapania powietrza przy takiej prędkości spadania.

Nieplanowane plany
Wraz z nadejściem września nie spodziewałam się już więcej urlopu. Kilkanaście dni, które mi zostały, chciałam spożytkować w 2014 albo ewentualnie na okreś świąteczno – noworoczny. Jak to jednak ze mną bywa planowanie w życiu prywatnym nie jest moją najmocniejszą stroną. Po tym jak przez całe lato nałożyłam sobie bana na jakiekolwiek strony z tanimi lotami, pod koniec września nie wytrzymałam. Tego, że podczas pobytu na Sri Lance nie wyskoczyłam na kilka dni do Bangkoku żałowałam od lutego. Gdy zobaczyłam promocję do Tajlandii nie musiałam zastanawiać się długo. Znowu całkowicie spontanicznie kupiłam bilet, dopiero później organizując sobie urlop. Zostało już niewiele dni do wykorzystania, więc 2,5 tygodnia, wraz z nadgodzinami do odebrania, musiało całkowicie wystarczyć.

Samodzielnie, nie samotnie
Listopad w Tajlandii i Laosie spędziłam sama. Po drodze spotykałam na chwilę różnych ludzi, spędzaliśmy ze sobą dzień czy dwa, i jechaliśmy własnymi ścieżkami. Ale tak jak i na Sri Lance ścieżki wiodły często tą samą trasą a te same osoby przewijały się za chwilę ponownie. Najciekawszą, a najmniej spodziewaną znajomością, zostanie emerytowany już Anglik. Poznany (choć to za duże słowo) w busie do Luang Prabang, spotkany kolejnego dnia przypadkiem w centrum miasta. Po krótkim spacerze okazało się, że świetnie się dogadujemy i mamy wspólne hobby. Kilka wspólnych wycieczek i dwa dni później wiedzieliśmy już, że po powrocie kontakt na pewno nam się nie urwie. Po powrocie do Tajlandii i do Bangkoku zaszalałam, znajdując tani nocleg w 5* hotelu. Szału nie było, ale to by była miła odmiana gdyby nie… brak ciepłej wody. W drodze powrotnej zatrułam się okropnie. Okazało się, że filmy nie kłamią i w rzeczywistości dokładnie tak samo wzywają lekarza na pokładzie, a lekarz lotniskowy szczęśliwie jest bezpłatny. Z całą moją miłością do latania tej trasy miałam już serdecznie dość.

W Laosie po raz kolejny trafiłam na szalonego słonia. Pierwszy był dwa lata temu w Tajlandii. Tym razem nasz słoń znowu urwał się ze szlaku, przy okazji powalając trzy drzewa i kilka innych bezskutecznie próbując. Latały kłody, latały gałęzie, a mahout (słoniowy opiekun) strzelił na swojego podopiecznego focha i najspokojniej w świecie sobie odszedł. Na szczęście jeszcze wtedy nie siedzieliśmy na samym grzbiecie...

W Laosie po raz kolejny trafiłam na szalonego słonia. Pierwszy był dwa lata temu w Tajlandii. Tym razem nasz słoń znowu urwał się ze szlaku, przy okazji powalając trzy drzewa i kilka innych bezskutecznie próbując. Latały kłody, latały gałęzie, a mahout (słoniowy opiekun) strzelił na swojego podopiecznego focha i najspokojniej w świecie sobie odszedł. Na szczęście jeszcze wtedy nie siedzieliśmy na samym grzbiecie…

Zawsze mogło być lepiej (?)
Przyszedł grudzień a wraz z nim brak czasu, choć nie jestem w stanie sobie teraz do końca przypomnieć, dlaczego. Tak czy inaczej przed świętami po raz kolejny (jak co roku) wyrzucałam sobie, że znowu w weekend nie wybrałam się na Weihnachts Markt w Berlinie. I tak teraz, pod koniec już roku, myślę sobie, że to był całkiem dobry rok. Pewnie, że mogłam zrobić i zobaczyć więcej, nie obijać się w weekendy tylko wyruszyć w trasę, zobaczyć więcej w Laosie zamiast spędzać trzy noce w tym samym miejscu. Ale jak to zawsze ze mną jest łatwiej jest zaplanować niż zrealizować. I to chyba w tych samodzielnych podróżach najbardziej lubię.

IMG_6267

 

Znalazłeś w tym artykule przydatne informację? A może czegoś Ci w nim zabrakło? Zostaw komentarz, Twoja opinia pomoże mi lepiej dostosować i rozwijać artykuły zawarte na blogu.

Chcesz na bieżąco wiedzieć co się ciekawego dzieje? Dołącz do fanów bloga na facebook’u

Advertisements

Skomentuj

Wprowadź swoje dane lub kliknij jedną z tych ikon, aby się zalogować:

Logo WordPress.com

Komentujesz korzystając z konta WordPress.com. Log Out / Zmień )

Zdjęcie z Twittera

Komentujesz korzystając z konta Twitter. Log Out / Zmień )

Facebook photo

Komentujesz korzystając z konta Facebook. Log Out / Zmień )

Google+ photo

Komentujesz korzystając z konta Google+. Log Out / Zmień )

Connecting to %s