Nowy rok w psychiatryku

IMG_6414

„Kitel, maska, sznurek, latarki, czołówki, taśma, schowek na kartę pamięci, wystające rury nabijające guzy, szczekanie psów, rozmowy ciecia, obchód o 14:45, wiadro, skakanie przez płoty, pokonywanie dziur w płotach, poddasze, sesja, komin, wieża, schody, Kamila vel Marika, Marika vel Kamila, ufajdane ciuchy, okna, sale bankietowe, kolumny, piwnice, dużo radości.”

Do tego cytatu, kolegi Tomka, dodałabym tylko „przerażenie Konrada” gdzieś pomiędzy kitlem, maską, sznurkiem a latarką. Konrad to nasz inny kolega, który na wyprawę zdecydował się półtorej godziny wcześniej. Nie wiedział o kitlach, maskach, sznurkach, power tape i cążkach do cięcia metalu. Jego minę, gdy zobaczył to wszystko w bagażniku, można by wykorzystać w reklamie Visa, w ostatnim akcie pod tytułem „bezcenne”. Uspokoił się trochę, gdy w ferworze walki i próby zabrania ze sobą jak najmniejszej ilości rzeczy, to wszystko wylądowało w jego plecaku. Ciekawa jestem co by powiedział, gdyby jakiś policjant chciał nam później zrobić przeszukanie… Reszta sprzętu była zresztą pochowana po kieszeniach. Tylko ja byłam czysta. W sumie… mogłabym nawet zgrywać ofiarę…

IMG_6369

Ale o co chodzi?
Jakiś czas temu w Poznaniu powstał Klub Szalonych Podróżników. I póki co może nie bardzo jest podróżniczo, ale zdecydowanie szalenie. Szalonych jest kilka i jak to bywa z wariatami szybko się wśród innych odnaleźli. I jak na wariatów przystało, zamiast leczyć sylwestrowego kaca, wylegiwać się do wieczora w łóżku a później iść na after party postanowili zacząć rok od czegoś szalonego. I jak postanowili tak zrobili.

IMG_6415

Wizyta w psychiatryku
Jest w Wielkopolsce, kilka kilometrów od Poznania, takie miejsce. Opuszczone, zruinowane, na które nie zostało już wiele czasu, aby je w takim stanie zobaczyć. Wykupił je jakiś inwestor i już zaczyna sprzątanie. Dawny Szpital Psychiatryczny w Owińskach. Właściwie nie tylko szpital, bo historia tego miejsca jest trochę bardziej zawirowana.

Zakład Psychiatryczny w Owińskach został założony w 1838 roku i działał aż do II Wojny Światowej. Do 1920 roku ten jedyny w Prowincji Poznańskiej zakład był jednym z lepiej urządzonych w całych Niemczech. Na początku XX wieku w szpitalu było 750 łóżek. W momencie likwidacji zakładu, po wybuchu II Wojny Światowej, wszyscy pensjonariusze (1100 osób) zostało zabitych w ramach akcji T4 – dorośli zostali rozstrzelani i zakopani w okolicznych lasach, dzieci zagazowane w poznańskim forcie VII. Pod koniec wojny przez dwa lata mieścił się tu obóz pracy, po wojnie przekształcony w Młodzieżowy Zakład Wychowawczy, który istniał aż do roku 1993. Choć teren obecnie jest w rękach prywatnych to jest też jedną z atrakcji dla osób, które lubią stare, zapomniane, pełne tajemnic i historii miejsca. I choć wstęp jest tu wzbroniony, a przebywanie na terenie może być niebezpieczne, przyciąga nadal. Zwłaszcza, że nie wiadomo jakie plany co do tego miejsca ma jego nowy właściciel.

IMG_6420

Kamuflaż
Szpital obecnie jest z każdej strony pozamykany a po policję chętnie dzwonią ponoć mieszkańcy okolicznych domów. Nie ma jednak rzeczy niemożliwych. I nawet bez wysportowania i kosmicznych możliwości udało nam się w końcu przeskoczyć przez murowany płot i przecisnąć przez dziurę w takim metalowym. Wcześniej jednak było wiadro. Czerwone. Przerzucone przez tego bardziej wysportowanego z zakazanej strony, żeby nam się wejść udało. Udać by się udało, ale przy drugiej osobie wiadro pękło z hukiem. Dosłownie chwilę po tym jak powiedziałam, żeby być cicho, bo co chwilę ktoś się w okolicy kręcił. Wiadra nie było, więc i wejścia trzeba było szukać innego. Padło na to najbardziej na widoku. Z komina dymek, pod domem samochód, a my biegiem do dziury w płocie kierując się na kolegę, który w ramach stosowania sztuki kamuflażu ubrał czerwoną kurtkę. Może gdyby była bardziej ceglanego koloru… ale nie, widać go było z kilometra.

Jestem niewidoczny...

Jestem niewidoczny…

To tylko ruina…
Budynek jak budynek. Początek mnie trochę rozczarował. Przypomniały mi się ruiny, w których grałam w paintballa. Całkiem legalnie. Bez przeskakiwania przez płot i perspektywy mandatu. Tu też ściany były wysmarowane farbą. Jednak im dalej szliśmy tym robiło się ciekawiej. W końcu wyciągnęłam aparat. A później były duchy, kitel i duch w kitlu leczący zakapturzonego pacjenta. W końcu byliśmy w psychiatryku. Gdzie niegdzie zapadł się dach, gdzie indziej trzeba było uważać chodząc, bo podłoga zarywała się na pół metra i więcej. Gdzieś szli ulicą ludzie, więc trzeba było unikać okien. Kilka razy ktoś się przestraszył, bo jedna osoba odłączając się niezauważona od grupy nagle wydawała się dziwnie straszna w cieniu jakiegoś pomieszczenia. Co jakiś czas wszyscy musieli być cicho, bo ktoś usłyszał jakieś podejrzane głosy. Marika vel Kama zobaczyła nawet na trawie dziecko. Dziecko było kotem, ale w takich miejscach wyobraźnia niebezpiecznie szaleje. A czemu to vel? Chciała być z nami Kama. Była Marika. I choć nigdy wcześniej nie myliłam ich imiom w szpitalu, jak na złość, ciągle na Marikę mówiłam Kama. Kama pewnie chciała być z nami. Może nawet była, duchem.

IMG_6424

IMG_6465

Do wieży nie dało się wejść. Już prawie byliśmy, ale wejście jakieś odsłonięte. Niedaleko domy. Ryzykować chcieliśmy na końcu, poszliśmy oglądać salony. Nie wszystkie sale były małe i straszne. Były też wielkie, wystawne, z resztkami jeszcze drewnianej boazerii. Z lampą na suficie, resztkami szkła w wielkich oknach. Była też ogromna łaźnia. Z ogromnymi oknami. Zastanawiałam się czy te okna tak specjalnie, żeby strażnicy mogli sobie popatrzeć…

IMG_6463

IMG_6477

Ukryci w ciemnościach
Zeszliśmy do piwnicy. W jednej było ciemno, nisko, strasznie. Sama ciemność sprawiała, że ciarki przechodziły po plecach. Był też smród wilgoci i światło… latarki z naprzeciwka. Nie tylko ja tą latarkę widziałam, Tomek (ten od cytatu) również. Latarka okazała się świetlikiem, w odległości, za kilkoma innymi pomieszczeniami. Kolejna piwnica była większa. Były drzwi, drewniane, pomieszczenia, dość małe. Ciekawe co lub kogo trzymali w piwnicach. Już mieliśmy wychodzić, Tomek nawet już uciekł na zewnątrz. Tylko my z aparatami jeszcze zmarudziliśmy w środku. I tak sobie stałam prawie przy oknie, fotografując listek. Rottweiler z cieciem przeszli pięć metrów dalej. Nie widzieli, piec nie poczuł. Szybko się wycofałam. Kamila nie zareagowała, dalej fotografując, pewnie dlatego, że była Mariką. Konrad jeszcze stanął na coś głośno. A Tomka nie ma. W bezruchu i ciszy udało się i jego ściągnąć. Minęło około 15 minut, w oddali słychać szczekanie psa. Zbliża się. Po chwili cieć mówi, nie wiemy do kogo, żeby patrzył, bo jest biało (szron) a tu nagle zielono. To nasze ślady. Byli przy wejściu do piwnicy. Byłam pewna, że wejdą. Nie weszli. Pies poszczekiwał w pobliżu. Minęły kolejne minuty. Daliśmy sobie kolejne dziesięć. Wracając po kukaniu na zewnątrz przywaliłam w wystającą ze ściany rurę, ale zamiast przód głowy zabolał mnie tył. Nadal boli. Linki, sznurek i taśma się nie przydały. Pan Tadeusz na przekupienie ciecia również. Biegiem podążyliśmy do dziury w płocie, szkoda by było mandat płacić na sam koniec. Następnym razem weźmiemy ze sobą kostkę dla psa.

IMG_6452

IMG_6437

IMG_6352

IMG_6389

IMG_6514

Reklamy

Skomentuj

Wprowadź swoje dane lub kliknij jedną z tych ikon, aby się zalogować:

Logo WordPress.com

Komentujesz korzystając z konta WordPress.com. Wyloguj / Zmień )

Zdjęcie z Twittera

Komentujesz korzystając z konta Twitter. Wyloguj / Zmień )

Zdjęcie na Facebooku

Komentujesz korzystając z konta Facebook. Wyloguj / Zmień )

Zdjęcie na Google+

Komentujesz korzystając z konta Google+. Wyloguj / Zmień )

Connecting to %s