Nowy Jork: Spotkania

Moim odwiecznym marzeniem, a przynajmniej tak wiecznym jak filmy rozgrywające się w Nowym Jorku i liczne zdjęcia oglądane to tu to tam, było stanięcie na jednej z ulic Manhattanu, spojrzenie w górę i ujrzenie drapaczy aż do chmur.

IMG_8287

Z czasem urosłam i to co kiedyś wydawało mi się ogromne jakby zmalało, ale marzenie zostało. Bo przecież w Nowym Jorku tych wieżowców tyle i takich wysokich… Dotarłam. Patrzyłam w górę. W niebo strzelały drapacze chmur, ale chmury pozostały niewzruszone. Tak jak moja wyobraźnia. Idąc dalej, głębiej, znalazłam. Miejsce do sfotografowania, ale jeszcze nie zaspokojenia. Nie znalazłam miejsca, które spotkała moja wyobraźnia. Karmiona obrazami wyobraźni twórców.

Szczęście w nieszczęściu

Dwa dni przed wylotem mój godzinami szukany pierwszy nocleg w wersji budget został anulowany. Na nic się zdała rezerwacja z miesięcznym wyprzedzeniem i potwierdzenie kilka godzin wcześniej. Nie ma, brak. Wylatywałam w piątek przed południem. W środę pracowałam od samego rana aż mniej więcej do 23. W czwartek trochę krócej, ale za to umówiona byłam na pokaz zdjęć ze Sri Lanki w 8 stóp. Nie było czasu. W desperacji w czwartek o pomoc poprosiłam Facebook’a. Co prawda zawsze można spać na lotnisku albo imprezować przez całą noc, ale zdecydowanie nie jest to moja preferowana opcja. Na cuda nie trzeba było długo czekać. Nocleg znalazłam nie jeden, ale dwa. W tym taki, który był położony 20 min spaceru od miejsca, w którym miałam zostać na resztę dni. Ewa z Daleko Niedaleko, której na oczy nigdy nie widziałam a i rozmawiałyśmy może z dwa razy na facebook’u właśnie, umówiła mnie ze swoim znajomym. Daniel (polskie imię jak nic) miał niezbyt dobrze mówić po polsku (czyli pewnie mieszka w NY od dziecka i zapomniał). Na FB czasu nie było, więc tylko wymieniliśmy kilka informacji a ja nawet dobrze nie przyjrzałam się jego zdjęciu.

Już w Heatrow Daniel napisał, że przyjedzie po mnie na lotnisko. Ze swoim przyjacielem, Omarem, który to z kolei posiada samochód. Bez szukania pociągów, metra, zapoznawania się z mapą, której zresztą jeszcze nie posiadałam. Bez parasolki, bo Nowy Jork powitał mnie ulewą. Czekam. Podchodzi do mnie ktoś. Ktoś, kto zupełnie nie wygląda jak na miniaturce zdjęcia, które widziałam na czacie. Pewnie Omar. Witam się, całuję w policzek i.. pytam gdzie Daniel. Nowy Daniel na Polaka nie wygląda, a przecież i imię polskie i po polsku trochę mówi… Cóż, wyboru większego nie mam. Najwyżej porwą mnie, zgwałcą, zabiją. Idziemy do samochodu. Zamiast Omara w samochodzie jest szwagier. Daniel wyczuwa chyba niepewność, bo pokazuje wymieniane między nami smsy. Komórki pewnie nie ukradł, niech będzie.

Nieszczęście w szczęściu

U Daniela w domu jest remont. Większość mebli nie istnieje, ale po super miło spędzonym wieczorze dostaję jego łóżko. Mimo licznych protestów Daniel ląduje na podłodze. Na wielkim łożu czuję się jak królowa. Rano wita mnie pytaniem co chciałabym zjeść na śniadanie: „You are in New York. You can eat whatever you want” (Jesteś w Nowym Jorku. Możesz zjeść cokolwiek zechcesz). Daniel jest z Dominikany, więc to była moja pierwsza odpowiedź. Jeszcze nie wiedziałam, że trafiłam do dzielnicy zamieszkanej głównie przez imigrantów z tego właśnie kraju. Śniadanie zjazłam 3 minuty od domu. Pyszne było. A przy barze tańczyła para. O 9 rano.

Po jednej nocy i kilku godzinach poczułam się jak w domu, ze starym przyjacielem. Dlaczego więc nieszczęście? Bo resztę noclegów miałam już zapłaconych. I Daniel nie chciał puścić mnie na podłogę. Ale przeprowadzkę odłożyłam na wieczór. Na wszelki wypadek.

You are in New York. You can eat whatever you want.

You are in New York. You can eat whatever you want.

Bez błądzenia

W zwiedzaniu fajne jest błądzenie. Idąc z punktu A do Z trzeba przejść przez C, które akurat wyjrzało zza jakiegoś muru, przez E, bo dach tak pięknie mignął na zdjęciu i O, które – choć kilometr dalej – nagle ukazało się mym oczom. Gdzieś przy W nie bardzo pamiętam czym jest moje Z, ale w końcu patrzę na swoją kartkę i zmierzam do celu. Zrobiwszy uprzednio jakieś 10km zamiast jednego.

Pierwszego dnia w Nowym Jorku nie mogłam się zgubić. Chodząc z kimś, kto w takim miejscu, mieszka ponad dwadzieścia lat, widzi się rzeczy oczami drugiej osoby. Idzie się ścieżkami po części już wyznaczonymi. Nadal jest miejsce na zmianę trasy, ale jest ona jakby ściślej ustalona. Ale widzi się również rzeczy, których by się nie zobaczyło. Poznaje historie, których by się nie usłyszało. I dzieli się wrażeniami, które inaczej być może tylko by się spisało.

Są momenty, w których "ostatnie" spojrzenie w górę okazuje się tym najważniejszym.

Są momenty, w których „ostatnie” spojrzenie w górę okazuje się tym najważniejszym.

Cień samotności 

Jakoś tak jest, że ludzie mnie męczą. Nie zawsze, nie wszędzie, ale ewentualnie. Lubię podróżować sama. Iść tam gdzie chcę. Zgubić się wtedy kiedy chcę. Usnąć na trawie nie wadząc innym w planach. Nie zatrzymywać się na kawę i luncz cały dzień, aby innego co godzinę robić sobie przerwę. Jeżdżę bliżej i dalej, nie rezygnując, bo akurat znajomi nie mają urlopu. Bywa jednak tak, że w jakimś miejscu, w jakiś okolicznościach, czegoś brakuje. I, choć Nowy Jork mnie zachwycił i pochłonął, czekałam aż do ostatniego dnia, aby znowu tym zachwytem móc się podzielić. Nie na Facebook’u, nie na Instagramie. A właśnie szwendając się ulicami. Ciągnąć za rękaw, żeby się zatrzymać. Powtarzając co piętnaście minut „I love New York”. W końcu, na szczycie Top of the Rock, uśmiechnąć się z kimś do zdjęcia, nie rozglądając się dookoła za kumatym fotografem. I, choć to pewnie nie ostateczna przemiana, to w Nowym Jorku po raz pierwszy zatęskniłam za towarzystwem w podróży.

Miejsca, do których nigdy by się samemu nie trafiło. Brooklińska Fabryka Czekolady.

Miejsca, do których nigdy by się samemu nie trafiło. Brooklińska Fabryka Czekolady.

Advertisements

6 responses to “Nowy Jork: Spotkania

  1. Fajny wpis!
    To prawda, że czasem po prostu trzeba mieć kogoś komu się powie „patrz jaki piękny widok” i usłyszy si jego opinie na ten temat :)

    Bardzo zaciekawiło mnie śniadanie :) Znasz może adres ?:)

  2. super napisane, podróżowanie samemu czy z kimś jest inne, trudno porównywać czy lepsze, po prostu inne ale kurczę:-) fajnie jak jest ktoś blisko z kim można zrobić fajną fotkę, czy skomentować jakiś widok, zdarzenie, sytuację. Czytam Twój blog od niedawna więc mam jeszcze spore braki ale bardzo fajnie mi się czyta. pozdrawiam

    • Dziękuję Klaritka. Bardzo miło jest czytać, że komuś się spodobało :)
      Podróżowanie z kimś i w pojedynkę faktycznie jest zupełnie inne. Oba mogą być niesamowite (jeśli ma się dobre towarzystwo albo dobry humor w pojedynkę) i nieznośne (w sytuacji odwrotnej ;) ).
      Pozdrawiam serdecznie i mam nadzieję, że do porozmawiania przy kolejnej okazji.

Skomentuj

Wprowadź swoje dane lub kliknij jedną z tych ikon, aby się zalogować:

Logo WordPress.com

Komentujesz korzystając z konta WordPress.com. Log Out / Zmień )

Zdjęcie z Twittera

Komentujesz korzystając z konta Twitter. Log Out / Zmień )

Facebook photo

Komentujesz korzystając z konta Facebook. Log Out / Zmień )

Google+ photo

Komentujesz korzystając z konta Google+. Log Out / Zmień )

Connecting to %s