Wyprawa do Kong Lo. Przemierzając ciemność.

Wsiadasz do wąskiej, długiej, łodzi i po kilkudziesięciu metrach pogrążasz się w mroku. Na ramionach czujesz chłód. Najpierw miły, po upalnym spacerze, po chwili wywołujący dreszcze. Do niskiej łodzi co chwilę wpadają krople zimnej wody, a podwodne skałki i wiry zmuszają łódź do sprawnego manewrowania pomiędzy nimi. Po kilku minutach widzisz światło. Łódka zatrzymuje się na piasku, wysiadasz. Idziesz przez pięknie oświetlone wapienne skały, podczas gdy Twoja łódzi wraz z przewodnikiem przedzierają się przez niebezpieczne wodne ustępy. Po kiludziesięciu metrach ostrożnie wsiadasz, starając się zbytnio nie kołysać. 

Choć otacza Cię ciemnośc masz świadomość, że z każdej strony otacza Cię jeden z cudów geologicznych Azji Południowo – Wschodniej. Głęboko ukryty w centralnym Laosie cud natury, który dopiero niedawno stał się powszechnie dostępny. Zaświecenie czołówką odkrywa przed Tobą świat stalaktytów i formacji wapiennych, aby na samym jej końcu zalać jaskinię przedzierającymi się promieniami światła.

IMG_9559

O czym mowa?

Powyższy opis Was zaciekawił i koniecznie chcecie wiedzieć co to za miejsce? A więc po kolei…

Zaplanowana przeze mnie trasa po Laosie, ze względu na ograniczenia czasowe, była dość standardowa. Vientianne, Vang Vieng, Luang Prabang. Być może jeszcze okolice. Niemal wszyscy tam jeżdżą. I tam też są główne atrakcje. Jednak na etapie blogowych poszukiwań, jeszcze przed wyjazdem, moją uwagę przykuło jedno miejsce. Jaskinia Kong Lo. Ponoć najdłuższa jaskinia na świecie, w której płynie rzeka. Siedem kilometrów stalaktytów i wapiennych skał pochłoniętych przez ciemność. Znalezione zdjęcia wyglądały magicznie, ale informacji zbyt dużo na jej temat nie znalazłam. Google mapsy raz pokazywały jedno, raz drugie. Opisy na blogach i w przewodniku mówiły zupełnie coś innego. W końcu, określając przybliżone miejsce, postanowiłam, że muszę tam pojechać.

Z biurem podróży…

Laos to dotychczas jedyne miejsce na świecie, w którym korzystałam z usług lokalnych biur podróży. Wynajdywałam w nich wycieczki pół i całodniowe, kupowałam bilety. Kong Lo było tym pierwszym. Podreptałam do pierwszego napotkanego biura i kupiłam bilet autobusowy, niewiele droższy od tego, co znalazłam w Internecie. Wyższa stawka zapewniała dodatkowy transport prosto z hotelu/ hostelu do dworca autobusowego, a następnie bezpośrednim połączeniem do wioski w okolicach jaskini. Wcześniej zakupiony bilet cieszył mnie o tyle, że bezpośredni autobus z Vientianne ponoć jeździł nieregularnie. Raz wcześniej, raz później, a czasem miał nie jechać wcale ze względu na niewystarczającą ilość pasażerów. W ten sposób poczułam się pewniej.

Autobus, choć lokalny, był najwygodniejszym autobusem, jakim jechałam w Laosie. Nie było tłoku, wszyscy siedzeli pojedynczo na podwójnym siedzeniu. Z sufitu wiało chłodne powietrze, a my poooowoli posuwaliśmy się naprzód.

W drodze i po drodze

Razem z krótkimi przerwami podróż zajęła osiem godzin. W Laosie podróżuje się wolno i warto o tym pamiętać. Dziur na tej trzystukilometrowej trasie, w większości wzdłuż granicy z Tajlandią, nie powstydziłaby się nawet najbardziej sroga polska zima. A to ponoć jedna z najlepszych dróg w kraju. Na miejsce dojechaliśmy po 17tej. Została więc około godzina dnia. Dosłownie. Później robiło się ciemno i jak miało się zaraz okazać była to ciemność niemal absolutna.

Konglor to wioska, która jeszcze kilka lat temu nikogo by nie przyciągnęła. Dopiero, wraz z przypływem turystów, zaczęły tam powstawać związane z tym „udogodnienia”. Są już dwa hostele/ guest house’y, są dwie restauracyjki. Chyba nie ma internetu, nie ma też oświetlenia szutrowych dróżek łączących domy. Są za to homestay’e (czyli nocleg u i z lokalną rodziną – czasem to „z” jest bardzo dosłowne), jest powolnie płynąca rzeka, śpiew ptaków, szum wody i niesamowity spokój.

Być laotańczykiem

Jeśli chcielibyście poczuć się na chwilę laotańczykami to jest to miejsce wręcz doskonałe. Małe, półmurowane, domi na palach. Ponumerowane, jakby przygotowane specjalnie dla turystów. Niemal każdy oferuje nocleg. Warunki dość spartańskie, choć to zależy gdzie się trafi. Warto nie pytać napotkanych ludzi, a raczej chodzić od domu do domu i oglądnać, poczuć gdzie będziemy czuć się dobrze. Mieszkańcy nie podkradają sobie klientów. Jeśli więc już z kimś idziemy to raczej nikt inny nas do siebie nie przyjmie.

Od tego z kim zostaniemy zależy nasze doświadczenie. W ciągu jednego wieczoru i nocy można poznać czyjeś całe życie, spać razem z niemowlakami, albo wyspać się, jednocześnie będąc na uboczu. Na samym początku pytamy o drogę. Mężczyzna prowadzi nas do swoich znajomych, może nawet rodziny. Nie rozmawiamy, porozumiewamy się gestami. Miejsce mi się nie podoba, ciemno, nie widać okna, choć materac godny królów. Po drodze mijaliśmy ciekawe miejsca, ale wszyscy, serdecznie witając, jednocześnie nas żegnali.

Okno okazało się otwieralne, a materac jeden. Dziewczyna, która ze mną szła, w ramach solidarności z lokalną społecznością, chciała dać zarobić innej rodzinie. Jej dom jest jakby jaśniejszy, bogatszy. Jemy kolację. Mój posiłek stawiają obok, ja dopraszam się do kółeczka siedzącego na podłodze. Z dziewczyną w domu obok dzielą się zdjęciami z wesela, opowiadają coś łamanym angielskim. O 20, po „kąpieli” na dworze, leżę już w łóżku. Szybko zasypiam tylko po to, żeby o 4 nad ranem zbudzić się pianiem kogutów i krzątaniem za zasłoną. W domu obok przez całą noc płakało dziecko, które spało z nią w łóżku. Chyba jednak lepiej „wybrałam”.

"Mój" domek w wiosce.

„Mój” domek w wiosce.

O poranku

O 6 rano jestem już gotowa. Dzień wcześniej umawianie się na 7 rano zdawało się barbarzyństwem, teraz czekam na parę, która nocowała w tamtejszym „ośrodku wczasowym”. Ośrodku, bo to jedyne miejsce w wiosce, które można było zarezerwować przez Internet. Odpowiednio droższe, z dodatkowo płatnym posiłkiem. W homestay’u dwa posiłki są w cenie. Tamtejszy all inclusive.

Stojąc na tarasie „ośrodkowej” restauracyjki podziwiam wschód słonca nad rzeką. Rajski to jest wręcz krajobraz. Wijąca się rzeka, góry, gęsta roślinność i piękne promienie Słońca. Idyllę przerywają dzieciaki zmierzające do szkoły. Małymi grupkami, obowiązkowo z mundurkach, zmierzają nieśpiesznie do szkoły. Niektóre pozują do zdjęć robionych z daleka, inne szybko przemykają obok.

Magia poranka

Magia poranka

IMG_9510

Droga do jaskini nie jest długa. Z dziesięć minut przez wioskę, drugie tyle przez park. Przy wejściu do parku narodowego się płaci. Za wejście. Później się płaci za łódź. W jednej łodzi maksymalnie mogą płynąć cztery osoby – trzech turystów i przewodnik. Płaci się od łodzi, więc nawet będąc w pojedynkę warto się z kimś zaprzyjaźnić. A z tym w Laosie problemu nie ma.

W łodzi jest niewygodnie. Super niziutkie belki do siedzenia i prawie godzina w pozycji skulonej. Poza krótką przeprawą pieszą, w ładnie oświetlonym fragmencie jaskini, niewiele się dzieje. Jest ciemno. Czasem przemyka łódka w kierunku odwrotnym. Niekoniecznie z turystami, częściej z ładunkiem. Najładniej jest na końcu jaskini. Światło widoczne u jej końca pięknie kontrastuje z doskonałą ciemnością wnętrza. Bez latarki nie widać tam nic.

IMG_9532

Po drugiej stronie jaskini jest wioska. Odcięta od świata, połączana jedynie jaskinią. Tam też jest homestay. Ponoć warto. Ostrzegają wegetarian, że bez mięsa oferują kurczaka. Prawie jak w Polsce. Ale minusy są dwa. Za łódź się płaci stałą cenę bez względu na to czy płyniemy w jedną czy w dwie strony. A w drodze powrotnej musimy znowu trafić na łódź, która nas zabierze.

W drodze powrotnej jest trochę trudniej. Bezpośredni autobus wyrusza do Vientianne z samego rana. Jeśli nie chcemy czekać kolejnej nocy trzeba złapać sawngthaew jeden, później drugi, a później liczyć na to, że znajdzie się dla nas miejsce w autobusie. I dopiero w tym ostatnim autobusie trasa zajmie nam również niemal osiem godzin.

Kong Lo jest ładne. Dla kogoś kto zmierza na południe, w kierunku tysiąca wysp. Jechać osiem godzin w jedną i trochę nawet dłużej w drugą stronę moim zdaniem nie ma sensu. Tym bardziej, że w Laosie znowu znaleźli jaskinię (Khoun Xe), tę ‚najdłuższą’.

 

***Kong Lo praktycznie***

Najlepszym okresem na wizytę w Kong Lo jest okres między listopadem a lutym. Od marca poziom wody może być za niski, aby przepłynąć na drugą stronę. Nawet w listopadzie, pod koniec pory deszczowej, były miejsca, w których trzeba było z łodzi wysiadać, aby mogła przebrnąć przez mieliznę.

Jak dojechać?
Dojechać nie jest łatwo, więc postanowiłam dać Wam „przewodnik” w pigułce. Sprawdzony w listopadzie 2013, choć pewnie nieprędko się zmieni.

Opcja Lux
Bezpośredni autobus jadący z Vientianne do Konglor – odjeżdża codziennie ok. 9 rano w dworca południowego; najlepiej upewnić się w biurze podróży lub kupić bilet dzień wcześniej;
– południowy dworzec autobusowy jest znacznie oddalony od centrum, warto więc wziąć tuk-tuk’a lub kupić bilet w biurze podróży wraz z transportem na dworzec (opcja tańsza, ponieważ tuk-tukarze na tej trasie ostro zdzierają)
– cena biletu w biurze, wraz z transportem na dworzec, to 110 000; cena tuk-tuka z centrum na dworzec do min. 20 000 (wymaga dobrych zdolności negocjacyjnych i jest porównywalna do tego co płacą lokalsi, cena „na dzień dobry” to 40 000);

Opcja składana
Jeśli z jakiegoś powodu nie uda nam się załapać na autobus bezpośredni lub chcielibyśmy z Konglor wrócić zaraz po zwiedzeniu jaskini, trzeba trochę pokombinować.
Autobus na trasie Vientianne – Thakhek (lub jakikolwiek inny jadący drogą nr 13) – odjeżdża kilka razy dziennie, również z dworca południowego (lub Thakhek w kierunku Vientianne). Należy wysiąść/ wsiąść w Vieng Kham, na skrzyżowaniu z drogą nr 8.
Sawngthaew z Vieng Kham do Na Hin – najłatwiej złapać go właśnie przy skrzyżowaniu dróg 8 i 13. Podwiezie nas prosto do kolejnego sawngthaew’a, tym razem jadącego do Konglor. Jedzie się ponad godzinę.
Sawngthaew z Na Hin do Konglor. Jedzie się około godziny. Przystanek końcowy w tym samym miejscu, gdzie zatrzymują się autobusy.

Jeśli jedziemy z południa możemy próbować złapać sawngthaew’a bezpośrednio z Thakhek.

W Laosue chyba jednak wygodniej podróżowało się "niższą klasą" autobusów lokalnych niż autokarami "Lux". Generalnie w środku były takie same. Różniły się nazwą i faktem, że te drugie pełne były ludzi.

W Laosue chyba jednak wygodniej podróżowało się „niższą klasą” autobusów lokalnych niż autokarami „Lux”. Generalnie w środku były takie same. Różniły się nazwą i faktem, że te drugie pełne były ludzi.

Noclegi
Hostel lub homestay w Konglor; w homestay’u raczej nikt nie będzie mówił w j. angielskim, ale zawsze można dogadać się na migi.
W wiosce Natane po drugiej stronie jaskini możemy liczyć przede wszystkim na homestay.
Można zatrzymać się również w Na Hin (jest tam anglojęzyczny Inthapanya Guesthouse) i tam wypożyczyć motocykl, co może być ciekawszą (a pewnie i tańszą) alternatywą do sawngthaew’a.

Co zabrać?
Gotówkę – w Konglor nie ma bankomatu a płacić możemy jedynie lokalną walutą.
Bluzę z długim rękawem/ chustę. W jaskini jest chłodno, a płynąca motorówka to uczucie potęguje.
Latarkę czołówkę – dzięki niej będziemy w stanie obejrzeć jaskinię i nie będziemy skazani na punkty, które pokazuje nam przewodnik. Latarka przyda nam się również w homestay’u – łazienka czy toaleta zazwyczaj są poza budynkiem i czasem nie mają światła. Latarki rozdaje też załoga, ale ich moc jest znacznie niższa niż standardowa, przywieziona z domu, czołówka.
Odpowiednie buty – chodząc po skałach i przez piasek, ślizgając się wchodząc do bujającej się łodzi, szybko przestaniemy cieszyć się z założenia japonek.
Spray na komary – u wylotu jaskini jest ich mnóstwo, warto się zabezpieczyć, nie tylko dla komfortu.

Reklamy

2 responses to “Wyprawa do Kong Lo. Przemierzając ciemność.

  1. duuużo się już wcześniej naczytaliśmy o tej jaskini i też właśnie mieliśmy problemy ze zlokalizowaniem jej na mapie :)
    na pewno ja odwiedzimy bo nigdy nie byliśmy wcześniej w tego typu miejscu i wydaje nam się, że jest całkowicie inne niż reszta miejsc Azji Południowo – Wschodniej.

    • W razie problemów z lokalizacją odezwijcie się. A może w sumie wrzucę tu mapkę…
      Jaskinię polecam, ale przede wszystkim jeśli będziecie wybierać się na południe Laosu. Osobiście wyprawy 8h jednego dnia, godzina w jaskini, 8h powrotu, bym chyba nie powtórzyła ;)

Skomentuj

Wprowadź swoje dane lub kliknij jedną z tych ikon, aby się zalogować:

Logo WordPress.com

Komentujesz korzystając z konta WordPress.com. Wyloguj / Zmień )

Zdjęcie z Twittera

Komentujesz korzystając z konta Twitter. Wyloguj / Zmień )

Zdjęcie na Facebooku

Komentujesz korzystając z konta Facebook. Wyloguj / Zmień )

Zdjęcie na Google+

Komentujesz korzystając z konta Google+. Wyloguj / Zmień )

Connecting to %s